2010-06-10 12:36:43

Jacek Żakowski na ADI - relacja

O problemie jakości w dziennikarstwie internetowym, poziomie debaty publicznej toczącej się w sieci oraz o tym co zrobić, by teksty publikowane na portalach nie odstawały od publikacji zamieszczanych w prasie opowiadał Jacek Żakowski podczas spotkania w ramach Akademii Dziennikarstwa Internetowego.

W internecie odbywa się niekończący się karnawał - mówi Żakowski

fot. M. Siemieniec

Zaczęło się od kontrowersyjnego tekstu Jacka Żakowskiego „Chamstwo hula w Internecie”, opublikowanego na łamach „Gazety Wyborczej”. Felieton odbił się szerokim echem w świecie mediów, wywołując burzliwą dyskusję na temat języka używanego przez polskich internautów, werbalnej agresji i granicy wolności słowa w wirtualnym świecie. Echo tej dyskusji dotarło także do Wrocławia stając się pretekstem do spotkania i wymiany poglądów z jednym z najbardziej znanych polskich dziennikarzy.

W Polsce czyli na opak


W trakcie ostatniej dekady sfera publicznej debaty przeniosła się do internetu, w wielu krajach przyczyniło się to do odbudowania demokracji i pluralizmu poglądów. Jednak, zdaniem publicysty, nie w Polsce. W Polsce publiczna debata została swoiście wynaturzona, co uniemożliwia normalną wymianę informacji i poglądów.

- Spory udział mają w tym niestety największe portale będące zwykle własnością najpotężniejszych mediów. Na świecie instytucje te są ważnym źródłem rzetelnej informacji, a w Polsce przyczyniają się tylko do obniżenia jakości debaty publicznej- przekonuje Żakowski.

W Polsce zamiast argumentów, przerzucamy się obelgami, merytoryczne dyskusje ustępują miejsca pogardzie i złośliwościom. Jak podkreśla dziennikarz, jest to jednak częścią większego problemu- dziennikarzom lepiej i łatwiej jest uciekać się do plotek i pomówień, mediom popularności przysparza skupianie się nie na prawdziwych problemach, a na osobach, które swym kontrowersyjnym zachowaniem podniosą oglądalność stacji. A w sieci debatę publiczną kształtują osoby do tego co najmniej nieodpowiednie- „chamy i prostaki”.

- W internecie odbywa się niekończący się karnawał, ma miejsce swoiste odwrócenie ról i reguł panujących w relacjach między ludźmi- w bezpośrednich kontaktach nie powiedzielibyśmy tego, do czego zdolni jesteśmy w anonimowym wirtualnym świecie- mówi publicysta.

Efektem tego jest obniżenie jakości debaty publicznej. Obelgi i przezwiska pod czyimś adresem nie popychają dyskusji do przodu, nie pomagają w wysnuciu odpowiednich wniosków, co powoduje, że społeczeństwo ma fałszywe wyobrażenie na temat komunikacji.

-Społeczeństwo ma wrażenie, że wzięło udział w debacie, ale tak naprawdę wzięło udział w pyskówce- przekonuje Żakowski.

Portale zarabiają na tym, że ogłupiają ludzi - przekonuje Żakowski

fot. M. Siemieniec

Majtki Dody

Internet, jak żadne inne medium, został zdominowany przez stosunkowo małą grupę ludzi, którzy słowną agresją uniemożliwiają merytoryczną dyskusję. A najgorsze, że dostał on na to publiczne przyzwolenie. Ani telewizja, ani radio, ani tym bardziej prasa nie pozwoliłyby sobie na tak radykalne obniżenie poziomu emitowanego przekazu.

- Choć wszystkie media są wolne od cenzury, to nie wyobrażam sobie aby w prasie czy telewizji pojawiał się każdy komentarz czytającego bądź oglądającego dane medium. To byłoby niemożliwe, a zarazem niedorzeczne, co ważniejsze w większości przypadków nie wnosiłoby do debaty nic konstruktywnego. Dlatego też dyskusje w radiu czy telewizji są moderowane przez dziennikarzy, a w internecie każdy może sobie napisać co mu się żywnie podoba- opowiada redaktor.

Jak przekonuje Żakowski, redaktorzy mediów internetowych nie czują się odpowiedzialni za głosy czytelników, które publikują.

-Portale wręcz zarabiają na tym, że ogłupiają ludzi. Ważne jest więc uświadomienie społeczeństwu, że jak przeczytało o „majtkach Dody” to wcale nie oznacza, że wzięło ono udział w publicznej debacie- mówi Żakowski.

By przeciwstawić się tej wszechobecnej głupocie trzeba ujawnić cynizm moderatorów i administratorów, którzy, by tylko zwiększyć odwiedzalność stron internetowych, podkręcają dyskusję oddziałującymi na emocje komentarzami.

Inwazja chamstwa zamyka bowiem dostęp do debaty wielkiej ilości ludzi.

- Braliby oni w niej udział gdyby to była debata merytoryczna a nie emocjonalna- przekonuje dziennikarz.

Jako zasadniczy powód podaje on fakt, że do tworzenia Internetu ludzie podeszli jak do biznesu- postawili przede wszystkim na zysk. Tytuły tekstów generujące kolejne kliknięcia, kontrowersyjne opinie, teksty reklamowe są u nas na porządku dziennym.

Kijem Wisłę zawracać


Do poprawy tej sytuacji mogłoby się przyczynić wytworzenie odpowiedniej etyki, standardów, które ograniczyłyby samowolę w sieci.

- W końcu kultura to ograniczenie wolności, dlatego musimy jakieś ograniczenia przyjąć żeby normalnie funkcjonować. Jeżeli właściciel portalu nie jest w stanie zorganizować albo sfinalizować nadzoru zapewniającego przestrzeganie standardów, powinien stronę zamknąć- uważa publicysta.

Lekarstwem mogłoby się okazać także ograniczenie anonimowości w sieci.

- Posty powinny być imienne, bo niby dlaczego jeden ma mieć maczugę w ręce a drugi pawie pióro?- pyta retorycznie dziennikarz.

Najgorsze jest jednak przyzwolenie dla panoszącego się chamstwa. Bo jeżeli będziemy je tolerowali to nie mamy co marzyć o lepszym życiu. Życiu w cywilizowanym państwie.